Wegański przewodnik po Portugalii | Lizbona, Cascais, Porto

Wróciłam w piątek ze swojej 10-dniowej podróży po Portugalii. Mam w planach sporo wpisów na ten temat. Wszystko pojawi się na blogu jak najszybciej, a tymczasem stwierdziłam, że na pierwszy ogień pójdzie wegański przewodnik po miastach w Portugalii, które odwiedziłam. Przede wszystkim dlatego, że jakoś tak dziwnie wyszło, że będąc w Portugalii dzieliłam się tym jedzeniem stosunkowo niewiele na swoim Instagramie. A zdecydowanie jest o czym mówić!

Dieta roślinna w Portugalii

Od razu mówię, że wypowiadam się tylko na temat miast, w których byłam ja – Lizbona i Porto oraz miasteczka Cascais i Aveiro. Nie mam pojęcia jak to wygląda w innych miastach. Jadąc do Portugalii właściwie nie nastawiałam się na nic, nie myślałam szczerze mówiąc jakoś szczególnie dużo o jedzeniu (co w sumie w moim przypadku było zaskakujące haha) i co tam jeść będę – to, że jadę pierwszy raz sama było dużo bardziej ekscytujące. Zrobiłam co prawda niewielki research przed wyjazdem i wiedziałam tylko tyle, że w Lizbonie mogę być spokojna, a w Porto może być ciężko. I tak też w sumie było w praktyce 🙂

Nim zacznę mówić o knajpach to powiem, że w zwykłych sklepach sytuacja, z mojego punktu widzenia, jest raczej słaba. Przynajmniej w tych, w których ja byłam nie widziałam zbyt wielu roślinnych produktów (mam tu na myśli oczywiście jakieś typowo wegańskie produkty – pasty kanapkowe, jogurty, mleka, słodycze – wiadomo, że owoce, warzywa, kasze, ryże, orzechy są wszędzie). Myślę, że u nas w zwykłej Biedronce czy Żabce jest znacznie lepiej. Również chociażby Lidl słynie z tego, że wychodzi bardzo naprzeciw osobom na diecie roślinnej. Byłam w portugalskim Lidlu i tam oprócz tego, że trafiłam akurat na ten słynny wege tydzień i resztki produktów z niego (albo to może nie były resztki tylko tak skromnie wyglądała u nich ta wege oferta :)) to raczej nie widziałam, aby mieli tam w stałym zaopatrzeniu chociażby tofu czy te wszystkie pasty kanapkowe, które są u nas. Nie wspominając o reszcie produktów. Za to Portugalia posiada sieć sklepów ze zdrową żywnością, których jest całkiem sporo, i które przeważnie są super zaopatrzone (na pewno te w Lizbonie, w Porto byłam akurat tylko w jednym z nich i porównując do Lizbony zaopatrzenie było średnie). Tak czy siak – ja już się nauczyłam, że absolutnie zawsze da się coś wymyślić, więc się nie poddaje i nie tracę przez to humoru (chyba, że jestem już naprawdę strasznie głodna), ale wiem że mniej cierpliwe osoby może Portugalia pod względem jedzeniowym mocno frustrować. Ale warto też dodać, że mówię tutaj ze swojego punktu widzenia, a ja oprócz tego, że jestem na diecie roślinnej to od kilku miesięcy nie mogę jeść także glutenu i to stwarza często ten problem. Zwykła dieta roślinna raczej nie będzie w Portugalii żadnym większym wyzwaniem.

Sklepy z wegańskimi produktami

Najpopularniejsze sklepy w Portugalii, o których mówię to sieć sklepów ze zdrową żywnością o nazwie CELEIRO. W Lizbonie ten, który znajduje się w centrum ma trzy poziomy (ogromny parter z jedzeniem, niższe piętro z restauracją/kawiarnią i pierwsze piętro z księgarnią). Tam znajdziecie dosłownie wszystko – ogromny dział ze zdrowymi batonami, czekoladami, przekąskami słodkimi, ciasteczkami. Cały dział z przeróżnymi mlekami roślinnymi, deserami, sosami, majonezami i innymi rzeczami w słoikach. Mnóstwo produktów suchych, typowo bezglutenowych, ogromną ilość pieczywa, napojów. Duża półkę z ekologicznymi warzywami i owocami, lodówki z firmowymi smoothie o różnych smakach, mrożonki, lody i tego typu rzeczy. A nawet ogromne regały z suplementami i kosmetykami naturalnymi. Jednym słowem tam jest raj, a niektóre produkty są tańsze niż u nas, więc można sobie popróbować. Np. jeden z jogurtów kokosowych, który u nas potrafi kosztować nawet około 15 zł, tam kosztuje 1,70 euro. Oprócz tego jest też oczywiście całkiem sporo produktów, których u nas nie ma albo są mniej popularne.

Restrykcje żywieniowe

Osoby na diecie wegańskiej czy nawet wegańskiej bezglutenowej nie powinny mieć żadnych problemów w Lizbonie. Oczywiście, nie jest to tak super łatwe jak np. w Warszawie. Ale z Lizbonie znaczna część restauracji, w których byłam miała bardzo wiele dań bezglutenowych albo posiadała możliwość wymiany pieczywa na gryczane (zauważyłam, że w Portugalii wiele wege miejsc oferuje w kartach bardzo dużo różnego rodzaju tostów, panini i tego typu rzeczy). Znacznie większy problem z glutenem był w Porto. Tam problemem nie jest sama dieta roślinna, co połączenie jej z dietą bezglutenową, więc miałam niemały problem aby dostać coś sensownego do jedzenia.
Na jakieś słodycze praktycznie nie można liczyć jeśli unika się rafinowanego cukru i niektórych jego “zdrowszych” zamienników. Zauważyłam, że w Portugalii bardzo popularny jest syrop z agawy (jeśli ktoś się interesuje tematem to wie, że jeśli chodzi o reakcje naszego organizmu to syrop z agawy tak naprawdę nie jest wcale zdrowszy od białego cukru i jest najgorszy z tych wszystkich “zdrowych” zamienników przez co jest zabroniony przy wielu schorzeniach) i cukier kokosowy (który też de facto jest normalnym cukrem). Ksylitol czy erytrytol praktycznie nie występuje w knajpach, nie jest tak powszechny jak u nas i szczerze mówiąc w sklepach też je rzadziej widywałam, więc osoby z taką restrykcją żywieniową mogą mieć duży problem.

LIZBONA

Na Lizbonę pod względem jedzenia nie można narzekać, a już na pewno nie jeśli potem pojedzie się do Porto 🙂 Głównym problemem, który może być uciążliwy są godziny otwarcia. Wiadomo, że kraje południowe rządzą się swoimi prawami w tej kwestii i chyba każdy wie, że należy się spodziewać tego, że w godzinach popołudniowych w którymś momencie dany lokal zostanie zamknięty na godzinę, dwie lub dłużej albo że jest otwarty tylko przez dosłownie kilka godzin dziennie. Ale w Lizbonie dodatkowo bardzo uderzało mnie to, że pomimo tego i tak totalnie nieprzestrzegano godzin otwarcia i kiedy coś powinno być otwarte to z niewiadomych przyczyn nie było i otwierało się dopiero godzinę/dwie później albo wcale 🙂 No i większość wegańskich knajp rzeczywiście jest otwartych bardzo krótko w ciągu dnia albo są szybko zamykane. Musicie też uważać na święta, bo o ile lokale z tradycyjnym jedzeniem są w zdecydowanej większości otwarte tak jak w normalne dni, to wegańskie w zdecydowanej większości mogą być zamknięte i to nawet bez żadnej wcześniejszej informacji na ten temat gdziekolwiek. W ten sposób będąc w Lizbonie i Cascais 15 sierpnia w święto nachodziłam się kilka dobrych kilometrów zanim cokolwiek znalazłam.

Tak czy siak – Lizbona ostatecznie oferowała naprawdę dużo bardzo dobrego jedzenia. Gdzie więc można spokojnie pójść na śniadanie albo obiad będąc w tym mieście?


1. O Botanista ()

To jest zdecydowanie numer jeden w Lizbonie, polecam to miejsce z całego serca i tutaj tak naprawdę miałam ochotę chodzić codziennie na każdy posiłek w ciągu dnia (podobnie jak do Veggiezz w Wiedniu :)). Przede wszystkim genialne menu z pełnowartościową kuchnią roślinną, a jeśli już o roślinach mowa to wystrój lokalu jest P-R-Z-E-P-I-Ę-K-N-Y! Cały właśnie w roślinkach, bardzo zielono i wszystko tworzy niesamowity klimat. Poza tym jest też bardzo duży, wiec myślę, że wolny stolik znajdzie się zawsze. Obsługa jest przesympatyczna, zawsze uśmiechnięta i pomocna.

W menu znajdziecie same genialne pozycje. Restauracja jest w 100% wegańska, a większość pozycji w menu jest również bezglutenowych (a np. bruschetty można zamówić na życzenie na pieczywie gryczanym bezglutenowym). Dużym plusem jest to, że nie trzeba tak naprawdę się za bardzo o nic dopytywać obsługi – wszystkie pozycje w menu mają oznaczone występujące w nich alergeny, co jest bardzo pomocne. No i ogromny plus dla restauracji za bambusowe słomki, serwetki z recyclingu i filtrowaną wodę alkaliczną w dobrej cenie (1-2 euro)! 🙂

A przechodząc do jedzenia.. Jest naprawdę genialne! Wszystko czego spróbowałam było przepyszne, a zwłaszcza śniadania. Śniadania tutaj zdecydowanie wygrywają i szczerze żałuję, że nie zdążyłam spróbować wszystkich. Jadłam genialne gofry bezglutenowe w trzech różnych smakach i to było jedno z lepszych śniadań jakie jadłam kiedykolwiek. Próbowałam też bezglutenowej granoli z truskawkami i jogurtem sojowym, która też była obłędna. Na śniadania trzeba się tutaj wybrać na pewno! Chociaż warto zaznaczyć, że są one wyłącznie na słodko – nie każdemu może to pasować, ale z tego co wiem to menu jest w całości dostępne przez cały dzień o każdej porze, więc jeśli ktoś bardzo chce śniadanie na słono to wystarczy wybrać coś z pozycji brunch menu albo obiadowych.

Dania główne, które próbowałam również były super ale tu bruschetty mnie najbardziej porwały. Polecam z całego serca je spróbować! Uważałabym jedynie na makaron ryżowy z mango curry – nie wiem czy to mi się tak niefortunnie trafiło czy tak po prostu jest, ale akurat to danie było zwyczajnie wodniste i bez smaku. Makaron smakował jak woda i curry też. Ale reszta jest zdecydowanie godna polecenia.

Bruschetta na pieczywie bezglutenowym z białym serkiem i pieczonymi warzywami.

Ryż stir-fry z pikantnym sosem (seeerio, bardzo pikantnym!) 

Genialny deser, czyli mus czekoladowy (niesamowicie puszysty i delikatny) z kruszonym surowym kakao i polewą z mango i marakui 

Bruschetta na pieczywie bezglutenowym z pastą z suszonych pomidorów i oliwek z parmezanem (nie mam pojęcia jak to zrobili ale ten parmezan pachniał najprawdziwszym włoskim parmezanem, byłam w szoku).

Śniadanie – trzy smaki gofrów bezglutenowych. Jeden z sosem czekoladowym, masłem migdałowym i borówkami, drugi z pieczonym bananem, słonym karmelem i cynamonem, trzeci z pieczoną karmelizowaną brzoskwinią, jogurtem sojowym i prażonymi migdałami. To naprawdę było genialne i zamówiłam bez wahania drugą taką samą porcję – mimo że jestem ogromnym łakomczuchem to chyba coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz 🙂

Bezglutenowa granola z truskawkami i jogurtem roślinnym. Niby totalny zwyklak, którego zamówiłam tylko dlatego, że tego dnia nie mieli akurat acai bowl, które chciałam ale zdecydowanie było warto bo to było coś cudownego, też najchętniej domówiłabym dokładkę ale już się powstrzymałam.

Ciekawostka: Jest to restauracja właścicieli innej wegańskiej knajpy w Lizbonie (Ao 26 -> KLIK), do której niestety nie udało mi się dostać. Obowiązywały tam rezerwacje i nie było szans się dostać bez. Rezerwacje są nawet na kilka lub kilkanaście dni do przodu. Tak więc myślę, że planując wizytę w Lizbonie warto zrobić rezerwację w tym miejscu. Taki ruch musi oznaczać tylko jedno – jedzenie jest genialne, a restauracja O Botanista tylko to potwierdza! W Ao 26 mają na pewno bezglutenowe opcje.


2. Foodprintz Cafe (R. Rodrigo da Fonseca 82A, 1250-193 Lisboa, Portugalia)

Kolejne super miejsce warte odwiedzenia w Lizbonie. To było pierwsze miejsce, do którego dotarłam na śniadanie pierwszego dnia. Obsługa w tym miejscu jest bardzo sympatyczna, menu ma bardzo wiele ciekawych pozycji – zarówno na lunch jak i na śniadanie. Również można tutaj dostać sporo opcji bezglutenowych, a jeśli ktoś ma restrykcje dotyczące cukru w diecie – również można liczyć na pomoc ze strony obsługi. Lokal ma już zupełnie inny, luźniejszy klimat niż restauracja, o której pisałam wyżej.

Byłam w tym miejscu raz na śniadaniu i raz w godzinach obiadowych. Śniadanie było bardzo smaczne, choć nie było to najlepsze śniadanie jakie jadłam kiedykolwiek 🙂 Zamówiłam największe śniadanie jakie było w menu, czyli tofucznice (nieskromnie mówiąc ja jestem już mistrzem tofucznicy, więc chyba nieprędko jakaś zjedzona na mieście mnie zachwyci), sałatkę z rukoli i majonezu, pieczone pomidorki, trzy kromki bezglutenowego pieczywa gryczanego z awokado i shiitake. Do tego wzięłam coś co mnie mega zaintrygowało – w menu jest kilka fajnych napoi, które mają być niby kawą ale bez kawy 🙂 Ja zdecydowałam się na macaccino, czyli “cappucino” ze sproszkowanego korzenia maca i kakao na mleku migdałowym. Było baaaardzo dobre.

Za to z daniem obiadowym kompletnie nie trafiłam ale nie chcę tu mówić, że było niedobre – z braku innej opcji (bo byłam po 16:00, a pozycje lunchowe są do godziny 15:00) musiałam wziąć kotleta z buraka, a ja niestety jak już wiele razy wspominałam nie zawsze przepadam za burakiem. I w tej wersji niestety totalnie mi nie przypasował. A jako, że nie wiele rzeczy frustruje mnie tak mocno jak nietrafione i niesmaczne jedzenie to na pocieszenie musiałam sobie wziąć mrożoną czekoladę słodzoną daktylami (na moją prośbę bo normalnie słodzą syropem z agawy) i na kolację na wynos wzięłam chleb bezglutenowy z deską degustacyjną ręcznie robionych lokalnych wegańskich serów! U nas jest marka Serotonina czy Wege Siostry, które robią takie sery, a w Portugalii mają markę Gopal Vegan Cheese i są również genialne! Dlatego do tej knajpy jeśli nie na zwykły posiłek to na pewno warto wpaść na tą deskę serów, jest naprawdę pyszna. Jest opcja większej deski dla większej ilości osób albo mniejszej.

Śniadanie, czyli tofucznica, pieczone pomidory, sałatka z rukoli z majonezem i do tego trzy kromki gryczanych bezglutenowych tostów z awokado i grzybami shiitake (te tosty były przepyszne ale ja generalnie ubóstwiam wszystko z grzybami).

Nietrafiony obiad, czyli ten nieszczęsny kotlet z buraka z różowym dipem z nerkowców. Do tego sałatka z kapusty (która swoją drogą też była zdecydowanie zbyt kwaśna) i bezglutenowa pita z mąki z ciecierzycy. Normalnie w karcie jest to burger, ale w opcji bezglutenowej dostaje się samego kotleta 🙂

I tutaj pyszna mrożona czekolada, choć ogromny minus za zwykłą plastikową słomkę i plastikowy kubek. Trochę się zdziwiłam jak to zobaczyłam bo nie spodziewałam się tego bo takim miejscu. Zdjęcia serów niestety nie dodam bo wzięłam je na wynos i w momencie jedzenia były bardzo niefotogeniczne 🙂


3. The Eight Lounge (Praça da Figueira 12A, 1100-241 Lisboa, Portugalia)

The Eight Lounge – bardzo fajne miejsce w samym sercu Lizbony. Miejsce w charakterze bardziej baru niż restauracji (zamawia się przy barze), wnętrze jest przepiękne i posiadają też mały sklep z pięknymi rzeczami codziennego użytku – torby, naczynia, kubki i wieeele innych. Obsługa troszkę niezorientowana w tym co właściwie sprzedają, bo Pan uparcie twierdził, że komosa ryżowa ma gluten 🙂 Ale jedzenie było bardzo smaczne i bardzo ładnie podane. Ale nie wróciłam tam już więcej i nie wiem czy jest to miejsce, które bym jakoś szczególnie polecała – jeśli chce się zjeść coś dobrego na szybko to jak najbardziej bo absolutnie nie można powiedzieć, że z tym jedzeniem jest coś nie tak.
Opcje bezglutenowe trochę okrojone i tak jak wspomniałam wyżej – obsługa trochę nie za bardzo się orientuje co i jak z tym glutenem.

Oprócz bardzo fajnych sałatek mają w menu również super tosty, panini (ale niestety nie ma pieczywa bezglutenowego), rożnego rodzaju smoothie, soki ale też smoothie bowls. Podobnie jak w Foodprintz mają też fajne pozycje kawy bez kawy, czyli np. również latte z korzenia maca, daktyli i kakao na mleku roślinnym.

Sałatka azjatycka z tofu, marchewką, czerwoną kapustą, papryką, szpinakiem i brązowym ryżem z dressingiem azjatyckim. Było bardzo dobre i bardzo sycące. Do tego smoothie z truskawek, jabłka i cytryny.


4. Jardim das Cerejas (Calçada Sacramento 36, 1200-022 Lisboa, Portugalia)

Bufet w centrum Lizbony, a właściwie sieć bufetów o takiej samej nazwie, które są rozrzucone po całej Lizbonie. Wystrój może nie zachęca jakoś szczególnie do wejścia – przynajmniej mnie :). Trafiłam tam po szukaniu przez dwie godziny jakiegoś miejsca na obiad w tę nieszczęsną środę, kiedy wypadało święto. To była moja ostatnia nadzieja na normalny posiłek, więc zdecydowałam się tam zjeść. Forma bufetu – nakłada się ile chce i na koniec przy wyjściu płaci się określoną kwotę (coś około 10-11 euro). Za napoje i desery płaci się dodatkowo. Bufet jest całkiem fajny, a co najważniejsze jedzenie jest naprawdę smaczne. Jest dość duży wybór surowych warzyw – albo samych albo połączonych już w różne surówki. Dressingu nie mają żadnego bo można go sobie skomponować samodzielnie z tego, co jest również dostępne w bufecie. Oprócz tego jest zawsze jedna kasza (najczęściej kuskus, więc z glutenem) i dwa rodzaje ryżu – zwykły basmati oraz z jakimiś przyprawami, wtedy był akurat ryż z curry. Są też oczywiście dania na ciepło – curry, różnego rodzaju chili, potrawki, kotleciki. Widziałam też wyroby z ciasta pszennego – pizzerki, jakieś placki i tego typu rzeczy. Dania, które nie zawierają glutenu są odpowiednio oznaczone i jest ich całkiem sporo. Jeśli potrzebujecie miejsca, gdzie można się porządnie i smacznie najeść nie zważając na wystrój czy klimat miejsca to mogę polecić – ruch jest spory, a wbrew pozorom widziałam również sporo rezerwacji.

Mój talerz – pieczarki z cebulką, ryż basmati, oliwki, surowe warzywa, curry z mlekiem kokosowym i batatem oraz potrawka z kalafiorem w ciemniejszym sosie.


CASCAIS

Do Cascais pojechałam również w świąteczną środę i spędziłam tam dzień od samego rana do późnych godzin popołudniowych. Jest to miasteczko pod Lizboną, do którego podróż zajęła mi około 40 minut pociągiem. Na miejscu w aplikacji HappyCow (którą z całego serca polecam, jest płatna ale jednorazowo – nie wyobrażam sobie podróży bez niej) pokazało mi całkiem sporo lokali. Jedna spodobała mi się szczególnie i choć była oddalona od centrum ponad 2km to jakoś nieszczególnie mnie to zniechęciło. Jeszcze nieświadoma tego, że tego dnia coś rzeczywiście może być zamknięte wyruszyłam w wędrówkę i na miejscu oczywiście pocałowałam klamkę :). Ale miejsce robi wrażenie bardzo fajnego i myślę, że jeśli trafi się do Cascais w normalny dzień to warto tam podejść. Ostatecznie pochodziłam na głodniaka po Cascais i około godziny 12:00-13:00 w centralnej części miasteczka (w wąskich klimatycznych uliczkach) znalazłam super miejsce.

1. Dona Flor Cafe (Rua do Poço Novo 180, 2750-642 Cascais, Portugalia)

Mały lokal ale z niesamowitym klimatem, baaaardzo fajną obsługą, świetnym wystrojem. Karta również bardzo fajna zawierająca wiele ciekawych pozycji. Pozycje bezglutenowe również bez problemu dostępne. Wybrałam sałatkę makaronową (makaron fusilli dostępny w wersji bez glutenu) i tosta z awokado, pesto i pomidorkami (pieczywo w wersji bezglutenowej dostępne). Do tego świeżo wyciskany sok z pomarańczy. No i tutaj poczułam prawdziwą kwintesencje śródziemnomorskich klimatów – oliwa z oliwek, pomidory, bazylia, pomarańcze – to wszystko pachnie tam dosłownie na kilometr i ma tak niesamowity smak, że nie ma szansy tego doświadczyć gdzieś indziej. Po prostu, takie smaki kojarzą mi się tylko z Włochami i Hiszpanią, a teraz też z Portugalią :). W karcie było wiele innych sałatek, tostów, panini oraz dań dnia. Są też dostępne desery w postaci ciast czy kulek mocy. Sporo różnych napojów i soków. Miejsce naprawdę godne polecenia i myślę, że warto zjeść właśnie tam będąc w tym urokliwym miasteczku.


PORTO

No i czas na Porto… 🙂 Tutaj mam bardzo mieszane uczucia, ale raczej nie wspominam tego miasta najlepiej jeśli chodzi o jedzenie. I tutaj też w tej kwestii absolutnie nic mnie nie porwało. To, co jadłam było smaczne, choć to nie było nic odkrywczego (ale to też jakiś plus bo proste jedzenie jest często najlepsze). Jest też niestety olbrzymi problem z wegańskimi miejscówkami na śniadanie. Nie byłam w Porto na śniadaniu ani razu bo po prostu nie miałam gdzie. Nie było typowych miejsc, które oferowałyby jakieś smoothie bowls, kanapki, granole… Śniadania jadłam więc w hostelu po zaopatrzeniu się w sklepie ze zdrową żywnością (co niestety też nie było jakieś super łatwe). Warto zaznaczyć, że to prawdopodobnie była wina tego, że nie jem glutenu. Gdybym była po prostu na zwykłej diecie wegańskiej to sprawa byłaby prostsza. W centrum Porto jest na przykład super lokal z bufetem (bardzo ładny i było w nim codziennie naprawdę sporo ludzi) ale jednego dnia nie mieli NIC bezglutenowego, a innego kiedy miałam jakąś nadzieje okazało się, że ich opcja bezglutenowa to surowe i suche warzywa, więc zrezygnowałam.

1. Moje zaopatrzenie w sklepie ze zdrową żywnością

Czyli moja podstawa pobytu w Porto. W pierwszy dzień jak tam przyjechałam nie mogłam totalnie nic znaleźć. Była to niedziela, godziny prawie wieczorne. W Happy Cow prawie wszystko było zaznaczone jako zamknięte. Bufet, o którym wspomniałam wyżej  nie miał dla mnie totalnie nic. Zrezygnowana po długim spacerze po mieście zdecydowałam, że popytam o wegańskie opcje w zwykłych restauracjach, może akurat. Po którymś razie, kiedy kelner z szerokim uśmiechem mnie powitał i powiedział, że owszem mają opcje wegańskie bezglutenowe i zaproponował tuńczyka albo ośmiornicę – poddałam się i poszłam do sklepu :). Tam spędziłam kolejne 40 minut na czytaniu składów bo jakoś tak się złożyło, że prawie wszystko co brałam nie miało angielskiej etykiety tylko portugalską, hiszpańską i włoską – ale przynajmniej nauczyłam się przez te kilka dni wielu jedzeniowych portugalskich słówek! Wybrałam najlepsze możliwe produkty (choć ich składy i tak nie były szczególnie super), potem weszłam do zwykłego sklepu po jeszcze jakieś owoce i warzywa no i jakoś ostatecznie w zaciszu mojego hostelowego pokoju jakoś się najadłam 🙂

Zaopatrzenie ze sklepu Celeiro w Porto – chleb bezglutenowy (unikam takich przetworzonych chlebów jak ognia i nigdy wcześniej nawet takiego nie próbowałam, ale tu nie miałam wyboru), biały serek z czosnkiem i ziołami (dobry, ale skład mógłby być lepszy), orzechy nerkowca, woda kokosowa, jogurty kokosowe bezcukrowe (są pyszne i są w Polsce ale ich cena u nas jest jeszcze dość wysoka), warzywa i owoce, a lewym dolnym rogu widzicie mój hit tego wyjazdu – bezglutenowe ciasteczka na bazie daktyli, orzechów, płatków owsianych bezglutenowych i superfoodsów.


2. O Porto dos Gatos (Av. de Rodrigues de Freitas 93-95, 4300-096 Porto, Portugalia)

Kocia kawiarnia w Porto. Z centrum miasta trzeba do niej troszkę dojść. Dostałam tam dwie jedyne bezglutenowe opcje – pieczone bakłażany i pomidory z serem wegańskim i do tego porcja smażonych grzybów. Było dobre bo bardzo dobrze doprawione. Do tego standardowo sok z pomarańczy, bo te pomarańcze na południu są tak pyszne, że pije zawsze tych soków jak najwięcej!


3. O Burrito (Rua dos Mártires da Liberdade 90, 4050-011 Porto, Portugalia)

Bardzo fajna meksykańska knajpa. Luźna atmosfera, bardzo luźny wystrój. Karta ma fajne pozycje i jedzenie jest smaczne. Opcje bezglutenowe to po prostu burrito bez tortilli (ale mają też hummus z warzywami). Tortille robią sami i jest ona na bazie mąki pełnoziarnistej. Tak samo jak nachos. Oprócz burrito mają też enchilady no i właśnie nachos na przystawkę. Ja zamówiłam burrito z czarną fasolą, pieczoną papryką, awokado, pikantnymi ziemniakami (w oryginale ta pozycja ma wegańskie mięso z nerkowców i pieczarek portobello ale są one marynowane w sosie sojowym na bazie pszenicy, także musicie być ostrożni) – do tego domowa salsa pomidorowa i ser z nerkowców. Myślę, że w placku tortilli to może być jeszcze lepsze! A lokalizacja fajna bo właściwie prawie w sercu miasta.


3. Creperia La Bombarde (R. de Gondarém 239, 4150-023 Porto, Portugalia)

Naleśnikarnia w Porto nad oceanem, więc daleko od centrum. A szkoda, bo to jedno z miejsc gdzie jedzenie mi naprawdę bardzo smakowało. Naleśnikarnia nie jest wegańska ani nawet wegetariańska. Serwuje mięso i inne produkty odzwierzęce. Ale wszystkie naleśniki bez względu na to czy są z farszem wegańskim czy też nie są przyrządzane na bazie mąki gryczanej, więc ciasto, które tam mają jest zawsze wegańskie i bezglutenowe. Wegańskie pozycje są w karcie dwie – jedna na słono, druga na słodko. Po całym dniu, w którym przeszłam mnóstwo kilometrów wzdłuż oceanu byłam bardzo głodna, więc zamówiłam obie pozycje. Pierwsza na słono – naleśnik ze szpinakiem, pieczarkami, cebulą i dodatkową rukolą z sosem pomidorowym. A na słodko był z masłem orzechowym, bananami, sosem czekoladowym i migdałami. Oba naleśniki były naprawdę przepyszne, więc spędzając dzień nad oceanem to na pewno super miejsce na obiad!



4. FUNKY BIO – sklep ze zdrową żywnością nad oceanem (Lokalizacja -> KLIK)

Skoro już mowa o rejonie Porto nad oceanem to warto wspomnieć, że dosłownie kilkaset metrów od jednej z plaż znajduje się całkiem fajnie zaopatrzony sklep ze zdrową żywnością.

Kojarzycie herbaty Yogi Tea? Ja zimą je uwielbiam – to ajurwedyjskie niezwykle aromatyczne, korzenne herbaty. A w tym sklepiku nad oceanem znalazłam ich wersję na zimno! Wybrałam zieloną herbatę z cytryną, była pyszna. 

Oprócz herbaty kupiłam eko truskawki i dwa surowe batony.


5. Casa da Horta (R. de São Francisco 12, 4050-253 Porto, Portugalia)

Lokal w centrum miasta, bardzo niedaleko rzeki Duoro. Trafiłam tam mojego ostatniego wieczoru w Porto, kiedy znów miałam drobne problemy aby coś znaleźć. To miejsce było otwarte najdłużej, więc postanowiłam tam pójść. Przywitała mnie bardzo luźna atmosfera, cały wielki stół ludzi, którzy powiedzieli, ze mogę się dosiąść i bardzo wyluzowana obsługa. W karcie były dwie pozycje, w której jedna na szczęście okazała się wegańska i bezglutenowa (miejsce jest wegetariańskie). Była to potrawka z fasolki mung z ryżem brązowym i sałatką. Do tego czerwone wino. Jedzenie było bardzo średnie, a sałatką okazało się kilka pokrojonych pomidorów i cukinii. Za to wina dostałam hojnie – cała duża szklanka za 1 euro. Ale to już nie było to wino, które piłam w winiarniach nad rzeką 🙂 Jeśli chodzi o wyluzowaną obsługę – przy wyjściu, kiedy chciałam zapłacić kelner poprosił abym przypomniała co właściwie wzięłam bo On nie pamięta 🙂

Dostałam też darmowe czekadełko, ale to były dwie pszenne kawałki bagietki z jakimiś marynowanymi warzywami, więc niestety nie ruszyłam. Zjadłam tylko dwie oliwki, które tam były. A szczerze mówiąc to białe okrągłe w tej mini miseczce to nie wiem nawet co to – próbowałam zjeść ale smaku nie miało żadnego, a było bardzo twarde 🙂


W Porto był też na początku wspomniany przeze mnie bufet. Podobnie jak w Lizbonie w Porto również była to jedna popularna sieć takich wegetariańskich bufetów. Ale tak jak pisałam – ten, do którego przyszłam i który jest w samym sercu Porto nie oferował nic bezglutenowego oprócz suchych i surowych warzyw. Nie wiem jak jest w innych lokalizacjach ale bufety noszą nazwę DaTerra Restaurante Vegetariano – dla osób nie muszących unikać glutenu to może być ciekawa opcja bo jedzenie wyglądało bardzo apetycznie, a ludzi wieczorami było naprawdę dużo. Były też dwie inne restauracje, do których chciałam pójść ale okazało się, że mają one przerwę w działaniu przez cały sierpień.


AVEIRO

1. Ki Macrobiotico (R. Cap. Sousa Pizarro 15, 3810-164 Aveiro, Portugalia)

O tym miasteczku nie napiszę dużo i w sumie nawet nie mam za bardzo o czym pisać bo byłam tam dosłownie 3 godziny i poszłam od razu do jednego tylko miejsca. Ale widziałam, że HappyCow pokazuje kilka wegańskich miejsc albo takich z opcjami wege. Z tego co czytałam jest nawet restauracja (oferująca mięso, ryby itd.) ale w której szefem kuchni jest kucharz będący na diecie wegańskiej od ponad 10 lat, więc menu zawiera całkiem sporo smacznych opcji dla wegan. Ja nie zdecydowałam się tam pójść bo jakoś wątpiłam, że znajdę coś bez glutenu. Wylądowałam w śmiesznej makrobiotycznej knajpie, w której Pani nawet nie podała mi karty ani nie powiedziała co mają tylko powiedziała, że mam usiąść i przyniosła mi dwa wegańskie bezglutenowe dania – zupę z komosą ryżową (jak widać komosa jednak nie ma glutenu haha) i potrawkę z czarnej fasoli z brązowym ryżem i sałatką. I choć wystrój tego lokalu znów nie zachęcał, w dodatku był totalnie pusty i w mniej ciekawej części miasteczka – to jednak zarówno zupa jak i drugie danie było bardzo smaczne.


Podsumowując: Portugalia dla wegan nie jest straszna. Więcej problemów może przysporzyć dieta wegańska bezglutenowa ale to tylko w Porto czy mniejszych miejscowościach. W Lizbonie totalnie bym się niczego nie obawiała. Mieszkając na codzień w mieście bardzo przyjaznym weganom Lizbona może się wydawać odrobinę mniej dogodna, ale zapewniam, że to tylko pozory i patrząc na Porto to naprawdę raj! W Portugalii będąc na diecie wegańskiej na pewno trzeba się dobrze organizować każdego dnia, bo tak jak wspominałam – godziny otwarcia mogą być mocno specyficzne, a niektóre lokale mimo podanej informacji, że są otwarte mogą okazać się zamknięte, więc zapas cierpliwości i wyrozumiałości również jest wskazany. Ja na przykład w dzień wyjazdu z Lizbony do Porto nie zjadłam przez to śniadania bo lokal, który miał podane godziny otwarcia od 9:00 był zamknięty. Poza tym, zawsze można gotować sobie samodzielnie jeśli ma się wynajęty pokój w hostelu, który oferuje dostęp do kuchni albo jeśli mieszka się w mieszkaniu z kuchnią lub pokoju z aneksem – sklepy są na tyle zaopatrzone, że da się zrobić samemu coś zdrowego, pełnowartościowego i spełniającego kryteria naszych restrykcji żywieniowych (mi osobiście było trochę szkoda czasu na samodzielne gotowanie od podstaw dwóch/trzech posiłków). Ale zawsze jest jakieś rozwiązanie – dlatego ja od dawna już się nie stresuje ani nie przejmuje tymi kwestiami.

No i bardzo ważna sprawa -> Dla osób, które nie wiedzą o istnieniu aplikacji HappyCow to naprawdę polecam! Kosztuje, ale opłata jest jednorazowa, a dostaje się dostęp na stałe do bazy wegańskich i wegetariańskich restauracji na całym świecie, gdziekolwiek nie pojedziecie. Ponadto aplikacja została ostatnio zaktualizowana i wyszukiwanie jest teraz jeszcze lepsze. Możecie zaznaczyć czego szukacie – czy lokali 100% wegańskich/wegetariańskich czy może tylko takich, które mają opcje wege. Czy potrzebujecie opcji bezglutenowych. Możecie też wyszukać tylko sklepy, piekarnie albo nawet cateringi. Jest też opcja zaznaczenia typu kuchni, który Was interesuje. Naprawdę aplikacja jest genialna i ja nie wyobrażam sobie podróżować bez niej.

Nie wiem czy o niczym nie zapomniałam, a gdyby ktoś miał jakieś dodatkowe pytania w tej kwestii to możecie śmiało pisać do mnie na Instagramie albo skorzystać z zakładki KONTAKT na stronie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Instagram